Rzadko kiedy zdarza mi się sięgać po serie książkowe. Nie jest to po prostu mój ulubiony rodzaj literatury. Wolę czytać po prostu jedną książkę na dany temat, a nie ciągnące się nie wiadomo jak długo tasiemce. Jednak dla serii “Siedem sióstr”, którą napisała Lucinda Riley, zrobiłam wyjątek. Od pierwszego tomu ta seria mnie wciągnęła, więc potem tylko wyczekiwałam kolejnych części tego cyklu. Udało mi się przeczytać wszystkie osiem książek, i już dzisiaj wiem, że kolejnych części nie będzie, gdyż po długiej chorobie, w zeszłym roku odeszła autorka. Słyszałam, że pisanie powieści było dla niej prawdziwą terapią i pomagało w walce, dlatego tym chętniej czytałam te książki.

Siedem sióstr, każda inna, a tak do siebie podobne

Głównymi bohaterkami książki są tytułowe siostry. Po raz pierwszy spotykamy się z nimi wtedy, kiedy przyjeżdżają do domu, w którym się wychowywały. Nazywamy je siostrami, ale tak naprawdę nie są połączone więzami krwi. Dawno temu wszystkie zostały adoptowane przez Pa Salta. Każda z nich pochodziła z innego kontynentu, ale razem dorastały, więc łączy ich silna relacja. Kobiety pojawiają się w rodzinnym domu z powodu śmierci adopcyjnego ojca. Mężczyzna zostawił każdej z nich list, w którym wyjaśnił, skąd pochodzą oraz jak i gdzie mogą odkryć swoje korzenie. W każdym kolejnym tomie serii dziewczyny będą poszukiwały swoich korzeni. Nie chcę jednak zdradzać szczegółów, dlatego zachęcam każdego do czytania.

Bestsellerowa saga

Dawno nie miałam w swoich rękach tak dobrze napisanej sagi. Każdą z książek wręcz pochłaniałam, tak dobrze mi się je czytało. Fabuła była tutaj nie tylko przemyślana, ale przede wszystkim świetnie wykreowała. Na szczególną uwagę zasługuje kreacja bohaterów, którzy zostali ukazani naprawdę dokładnie, z dbałością niemal o każdy szczegół. Akcja w powieściach toczyła się dość powoli, ale niespodziewane zwroty akcji nadawały całości odpowiedniego tempa. Jeśli więc szukacie dobrze napisanego cyklu, to koniecznie dajcie szansę autorce. Szczerze zachęcam.